20.10., godz. 21.00, sala witrażowa Muzeum Górnictwa Węglowego, „PODRÓŻE PRZEZ SNY. I POWROTY”. / Rozmowa Wojciecha Cydzika z Lechem Raczakiem

REPERTUAR FESTIWALU 

 

Lech Raczak, przewodniczący jury tegorocznej „Rzeczywistości przedstawionej”, pokaże poza konkursem festiwalowym swój spektakl „Podróże przez sny. I powroty”. Wcześniej chyba nie zdarzyło się, żeby juror sam poddawał się ocenie publiczności. Lech Raczak ma 71 lat. Od ponad 50 jest czynnym artystą teatralnym. Był założycielem poznańskiego Teatru Ósmego Dnia, jest ikoną polskiego teatru alternatywnego.

Pana przedstawienie…?

To nie jest klasyczne przedstawienie teatralne, to jest koncert grany przez troje muzyków – nazwali się dziwnie, bo Targanscu - w który to koncert od czasu do czasu wtrącam się, opowiadając swoje sny. Teatralność tego zdarzenia jest zredukowana do minimum albo nie ma jej w ogóle. Bardziej przypomina ono radiowe audycje słowno – muzyczne nadawane przed laty.

Ale to podróże przez sny. Wiem, że pojawia się w nich największa kawiarniana sala dla palących w Europie i Adam Michnik.

Tak, w tej sali. Ale te sny nie mają charakteru politycznego. Ich głównym tematem jest… bo ja wiem. Trudno powiedzieć, że to refleksja – znamy dwa światy, świat jawy i świat snu, czy jest dla nas jeszcze inny świat? Trzeci, do którego się przechodzi przez te dwa? W związku z tym wątki polityczne w tamtej perspektywie unieważniają się. One pojawiają się, jak w naszym życiu, ale unieważniają się w tych snach.

Sytuacja przypomina mi trochę „Ostatnią taśmę Krappa” Samuela Becketta.

Może trochę. Wolałbym się nie porównywać do tego, tym bardziej, że forma teatralna jest jednak zupełnie różna. Mnie tam chodzi nawet o to, żeby teatru było jak najmniej. Bronię się przed tym żeby grać jak aktor, chcę opowiadać i relacjonować, dlatego z całą premedytacją nie nauczyłem się tych tekstów tylko czytam je z tych kartek. A naprawdę to udaję, że czytam, bo czytając już wiele razy, nauczyłem się. Ale staram się, żeby to nie był teatr, żeby to była taka rzecz, że słuchamy sobie muzyki i od czasu do czasu możemy sobie opowiadać sny, bo mniej więcej 100 lat temu ludzie przestali je sobie opowiadać.

O czym śni artysta? … O przeszłych sukcesach?

Nie.

O kobietach, jak wszyscy?

(śmiech) …Też, ale nie mogę tego zdradzić, przed przedstawieniem. Ze snami to jest tak, że to co śnimy demaskuje nas, da się to rozebrać, przełożyć - każdy sen można wykorzystać przeciwko śniącemu jako demaskację ukrytych pragnień. W przeciągu 10 lat zapisałem sobie około 30 – 40 snów. Bardzo mało, ale do spektaklu wybrałem 7, których jestem pewien, że nie zdradzam w nich za głęboko własnych kompleksów i małości. Wyjawianie snów bardzo często zakłada autocenzurę i nie ukrywam, że taki proces też ma miejsce.

Zapytam o podróże teatralne - pan odbył ich wiele. Czy to jest tak, że są miejsca teatralne? Przyjeżdża się tam i czuje się to?

Mam przede wszystkim głębokie poczucie, że europejska tradycja teatralna przez wieki była związana z wędrowaniem. Grupa, trupa teatralna musiała wsiadać w wozy i jechać z miasta do miasta, ponieważ publiczność gotowa płacić za bilety dosyć szybko się wyczerpywała. Z czasem miasta się powiększały, w związku z czym powstały budynki teatralne. Na początku też służyły grupom wędrownym. Dopiero potem zaczęły powstawać stałe zespoły. Myślę, że ta potencja, że tatr wędruje jest ważna. Lubię teatry i zespoły teatralne, które są gotowe by grywać przedstawienia w różnych miejscach, na różnych festiwalach albo, dzięki różnego rodzaju dotacjom, w swojej okolicy, w małych miastach. Znaczną część życia spędziłem wędrując z Teatrem Ósmego Dnia po całej Europie. Mogę powiedzieć, że w każdym mieście jest teatr, ale on bardzo często nie jest najciekawszym miejscem dla teatru.

A co nim jest?

Najciekawsze jest miejsce, w które my wchodzimy z naszą ekspresją i akcją, i ono nagle przetwarza się i staje teatrem. Dla mnie to jest zabieg ciekawszy niż wykorzystanie tego, co jest gotowe. Od lat jestem związany z teatrem w Legnicy. To jedyny w Polsce teatr, który z zasady szuka miejsca na przedstawienie w budynku teatralnym tylko wtedy, kiedy już nie daje się wykorzystać jakiejś innej przestrzeni w mieście. Te inne przestrzenie pociągają mnie bardziej niż klasyczna sala teatralna.

Czy teatr może zdobyć każe miejsce?

Myślę, że tak. Oczywiście przedstawienie musi być w odpowiedni sposób przygotowane. Musi przekształcać się, być trochę jak z plasteliny, żeby wypełniać różnej wielkości przestrzenie. Artystycznie jest to ciekawy proces, każdy tak robił, ale warto go doświadczyć, bo jest inspirujący.

A tworzywo dla teatru? Pan mówi „moje sny”. Gdy niedawno rozmawiałem z Dorotą Ignatjew, dyrektor Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie, powiedziała mi mniej więcej „pan jest reportażem, zrobię z pana przedstawienie”. Czy pan również bierze tematy tak bezpośrednio z życia?

Na festiwalu widziałem parę dobrych reportażowych przedstawień. Ale mnie osobiście ta forma nie wystarcza, wolałbym ją bardziej przekształcać. Mam poczucie, że teatr może - nie musi, ale może - być takim miejscem, które z prostej rzeczywistości opisywanej przez reportaż przenosi widza w trochę inną rzeczywistość, taką która dzieje się częściowo w wyobraźni, częściowo w nierealistycznych formach teatralnych. Też robiłem trochę reportażowe przedstawienia. W ostatnich latach np. „Spisek smoleński”, ale starałem się oderwać tę opowieść od wyłącznie dokumentnych realiów, żeby znaleźć jeszcze coś, co można by nazwać albo światopoglądem, albo marzeniem, co tkwi poza realistycznym opisem. Jasne, że zawsze wynikają jakieś marzenia, bo ludzie uczestniczący w rzeczywistości je mają, ale chodzi nie tylko o marzenia bohaterów, ale i o to, żebyśmy mogli rozważać je sobie na widowni.

Nie mogę o to nie zapytać. Podróżuje pan teatralnie. Od kilku lat bywa w Zabrzu. Jak pan postrzega to miasto?

Jestem z Poznania, z Wielkopolski. Tutaj czuję się jak gdyby w jednym kraju. Tu jest taka sama architektura poprzemysłowa i strasznie podobna architektura mieszkalna (dawny zabór pruski). Więc wbrew pozorom dla mnie Śląsk nie jest egzotyką architektoniczną. W Poznaniu też są nieczynne budynki poprzemysłowe w takim samym stylu jak wasze i podobnie powciskane w miasto. Więc krajobrazowo, wbrew pozorom, czuję się jak u siebie. Nie wiem jak jest na co dzień, ale na festiwalu jest wspaniałe to, że teatr jest zawsze pełny, bo to także człowieka nastawia pozytywnie.

Podróże przez sny…” pokaże pan w sali witrażowej Muzeum Górnictwa Węglowego.

Dla tego spektaklu to nie ma znaczenia. To mogłaby być scena teatru czy sala w Kopalni Sztuki. Wolę, żeby to było miejsce mniejsze, to mi odpowiada. Sala, w której gramy, w trakcie przedstawienia straci parę swoich walorów. Znikną witraże, bo nie będzie światła z zewnątrz, może szkoda. Konstrukcja też trochę zniknie w świetle reflektorów skierowanych na estradę. Sam budynek jest bardzo piękny i to wejście po drewnianych schodach... Dla moich „Podróży…” może to mieć sens taki, że opowiadam sny w muzeum, czyli w czymś, co opowiada świat, którego nie ma.

Dziękuję za rozmowę.

Wojciech Cydzik