– mówią aktorka Matylda Damięcka i Łukasz Witt-Michałowski, reżyser „Ponownego zjednoczenia Korei” Sceny Prapremier In Vitro w Lublinie. / Wojciech Cydzik

REPERTUAR FESTIWALU 

mówią aktorka Matylda Damięcka i Łukasz Witt-Michałowski, reżyser „Ponownego zjednoczenia Korei” Sceny Prapremier In Vitro w Lublinie.

Tytuł waszego przedstawienia mógłby być inny, na przykład „Rzeźna”, bo do niej odwołuje się scenografia.

Łukasz Witt-Michałowski: Pewnie tak…

Matylda Damięcka: … Nasz zakamuflowany reżyser pod postacią anioła śmierci, który tak naprawdę jest rzeźnikiem, zbiera wydmuszki miłości przeszłych, dokonanych, niespełnionych albo spełnionych.

Ł. W-M: Ja myślałem, że jestem amorem (śmiech)

M.D. : No właśnie… Amor?... Rzeźnik?

Ł. W-M: To jedna z tajemnic naszego spektaklu. Chyba dobrze nam jest z tymi niedopowiedzeniami, bo jest ich wiele. Ktoś z publiczności powiedział, że wyprowadzamy w maliny i mylimy tropy, o to też nam chodziło. Tytuł mógłby być inny. „Ponowne zjednoczenie Korei” jest takim optymistycznym tchnieniem, że Korea Północna z Południową kiedyś się zejdą, tak jak mężczyzna z kobietą.

To u was jest optymizm? Na 11 historii tylko jedna kończy się w miarę dobrze. .

M.D.: Tak naprawdę, te wszystkie spotkania, miłość między ludźmi, nie wypala albo wypala się tylko przez to, że za dużo albo za mało myślimy. Jeśli ktoś jest czysty, patrzy na świat bez kontekstu, to jest inaczej.

Ł. W-M: Było kiedyś powiedziane: „Jeśli nie będziecie jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Niebieskiego”. Do dziś głowimy się nad tym, co to znaczy. Dziecko ufa bezwarunkowo, inwestuje energię w miłość, po prostu. Na końcu naszej ostatniej historii upośledzona bohaterka nie ulega namowom swojego lekarza i nie zgadza się na usunięcie ciąży. Mówi do niego: „Wy się niepotrzebnie tak martwicie, wszystko będzie dobrze. A skoro wszystko jest tak źle, jak pan mówi, to czemu czuję się taka szczęśliwa? A on, po „dorosłemu”…

M.D.: To idiotyczne stwierdzenie – „bądźmy dorośli, porozmawiajmy na poważnie”.

Ł. W-M.: Zaczyna tłumaczyć – to hormony albo dawka leków, możemy ją zmienić. Czyli lekarz uważa, że z człowiekiem jest coś nie tak, gdy zaczyna czuć się szczęśliwy w naszym świecie. To jest diagnoza.

M.D.: Po co tak się ograniczać i mówić sobie „jesteśmy dorośli”.

Ł. W-M.: Nie dajemy prostych odpowiedzi. Ta osoba, taka jasna, jest upośledzona. Nie mówimy stańcie się, jak dzieci, wtedy wszystko będzie cudnie. Wiemy przecież, że w życiu za wszystko trzeba płacić.

Wasz rzeźnik czy anioł na końcu śpiewa pieśń Leonarda Cohena o czekaniu na cud. To ironia? Kto tak żartuje z maluczkich?

M.D.: Cohen napisał utwór o mężczyźnie, który bardzo chce wmówić kobiecie, że ich miłość się nie uda. Przekonuje ją, że to nie ma sensu. Z jednej strony naiwna kobieta, która po prostu chce kochać. Z drugiej mężczyzna, który z jakiegoś powodu, ze strachu przed bólem, chce ją odrzucić, po czym na samym końcu, jak już ją odrzucił, mówi jednak zmieniłem zdanie, bądźmy razem. To wszystko jest trudne.

Ł. W-M.: Używamy Cohena żeby opowiedzieć własną historię. A jest w niej trochę tak, jak to ujął pewien noblista: „Kobieta siedzi w oknie i czeka na miłość”. Bohaterka ostatniej sceny zostaje właśnie w takiej sytuacji. Lekarz odchodzi, przychodzi ktoś taki jak ja (rzeźnik – anioł). Nie wiadomo, czy ona mnie widzi czy nie. Może z powodu swojego upośledzenia ma dostęp do innych światów. Oni nie będą parą. To nie jest zakończenie.

Ale ten rzeźnik - anioł Cohenem podsumowuje całe przedstawienie, nie tylko ostatnią historię.

Ł. W-M.: Cohen śpiewa „Kiedy musisz czekać na nadejście cudu” - aż nadejdzie tu i teraz. Czekasz. Pytanie, czy cud nadejdzie. My nie czekamy na finał tej historii. A z drugiej strony… szubienice są już wypełnione wydmuszkami.

Pani gra kilka postaci, którą z tych ról najbardziej pani przeżywa aktorsko?

M.D.: Chyba tę ze sceną śmierci. Mnie i grającego ze mną Jarosława Tomicę kosztowała bardzo dużo. W trakcie prób została zrobiona 4 może 5 razy i została odłożona do premiery. Boli ten spektakl i bardzo się cieszę, że może boleć za każdym razem inaczej. Raczej nigdy nie zdarzy się tak, że popadnę w rutynę zagram sobie „spektaklik” i szczęśliwa wrócę do swoich spraw. Za każdym razem wracam do nich trochę inaczej.

Aktor po każdym przedstawieniu słyszy od reżysera co zrobił nie tak, podobno raczej jest ganiony niż chwalony. Taki zawód. Ale w waszym spektaklu gra też reżyser, kto mu zwraca uwagi na niedociągnięcia?

M.D.: (śmiech) Reżyser kazał mi to robić, to trudne - mówić mu co ma robić i wytykać błędy. Ten spektakl ma też dobrą stronę, ponieważ reżyser gra, to nas nie ogląda, bo wciąż krąży po scenie. Nie musimy mieć omówienia po każdym przedstawieniu, tylko każdy w skrytości swojego serca powinien rozliczyć sam ze sobą.

Ł. W-M.: To jest fajne, bo ja odpoczywam. Mam zadanie i na nim się koncentruję. Reżyser zawsze ma ten problem, że gdy już spektakl się zacznie, to on czuje się niepotrzebny. A tu wyznaczyłem sobie zadanie, może nie jest zbyt duże w porównaniu z zadaniami kolegów, ale właśnie może dzięki temu nie jest aż tak karkołomne, że nie do wykonania. Myślę, że jakoś sobie z nim radzę i scalam naszą opowieść tą figurą, którą wymyśliliśmy wspólnie.

Dziękuję za rozmowę.

Wojciech Cydzik