Witamy w Harrison, amerykańskiej mieścinie zamieszkanej głównie przez ludność białą. Panuje tu spokój, miłość i rodzinna atmosfera. Bóg i religia są wartością nadrzędną, a mieszkańcy czują się swobodnie. / Karolina Badura

REPERTUAR FESTIWALU

Bawią się we własnym gronie: tańczą, śmieją się, żartują …. i nagle STOP! Zmieniamy klimat. Znajdujemy się wśród ludzi należących do Ku Klux Klanu (KKK), organizacji reprezentującej będącą rzekomo na wyginięciu rasę białą. „Rycerze” bez wahania przyznają się do rasizmu, umiłowania Hitlera i do swoich radykalnych poglądów. Nie widzą w swoim postępowaniu nic złego, a wręcz przeciwnie z dumą uważają się za „tych lepszych”. Przemoc wobec czarnych to dla nich chleb powszedni. Potrafią poświęcić wszystko w walce o świętą ziemię USA. Błędy w rozumowaniu stara się wytknąć im Kate - dziewczyna z Polski, która najpierw chciała dołączyć do Klanu, a z biegiem spektaklu staję się prześmiewcza wobec jego działań.

Spektakl rozpoczyna się w typowo amerykańskiej scenerii. Ściana białego domu, rodzina czekająca na powrót mężczyzn z wojny, zdjęcia poległych w tle. Wspólny posiłek przy stole, głośne rozmowy i żarty. Aktorzy znakomicie odegrali swoje role, szczególnie pastor (Marcin Gaweł), który w bardzo przekonujący sposób opowiedział historię życia zmierzając tym samym do tego, jak znalazł się w KKK. W miarę trwania spektaklu klimat się diametralnie zmienia. Od wesołości zmierza do powagi reprezentującej delikatnie mówiąc niestandardowe poglądy. Po grze aktorskiej wyraźnie widać tę metamorfozę. Dialogi stają się coraz ostrzejsze, nie stronią od wulgaryzmów, ale warto zwrócić uwagę, że cały czas oscylują w lekko komicznej konwencji. Każda szokująca wypowiedź jest zakończona szyderczym uśmieszkiem, na którego widok w każdym z widzów budzi się paradoksalnie strach.

Istotnym elementem spektaklu jest muzyka. Obecna cały czas, wyraźnie podkreśla przemianę klimatu. Godne zauważenia jest także to, że stanowi część fabuły. Z tego powodu „Ku Klux Klan. W krainie miłości” nie jest tylko dramatem ale także musicalem. Wymagało to zapewne zwiększonego nakładu pracy aktorów i reżysera, jednakże dało niepowtarzalny efekt. Taka koncepcja pozwoliła na uwydatnienie amerykańskiego ducha poprzez przyśpiewki w języku angielskim i elementy rapu ściśle kojarzącego się widzom ze Stanami Zjednoczonymi.

Pomimo całego komediowo-muzycznego klimatu dramat porusza bardzo poważną kwestię. W obecnym świecie jesteśmy świadkami kryzysu migracyjnego, co było jednym z głównych wątków sztuki. Nie jest nam obcy brak tolerancji, wszechobecna przemoc i nienawiść. Propaguje się pogląd, w którym „inny” staje się synonimem „niebezpiecznego”. Dramat ukazuje luki w naszym myśleniu. W inteligenty sposób wyśmiewa nasze (białych) postrzeganie świata i strofuje jakże nadmuchane poglądy o naszej wyższości. W „KKK” nie doszukamy się poprawności politycznej, co niewątpliwie wzmacnia przekaz. Szokujące wypowiedzi i żarty każą nam przystanąć i pomyśleć, a obecne na scenie znaki, takie jak swastyka czy symbol SS nakierowują na refleksję, czy przypadkiem nie zmierzamy z powrotem do ksenofobi. KKK w krainie miłości czy raczej w krainie nietolerancji?

Karolina Badura