O miłości nie wiem nic. Po „Ponownym zjednoczeniu Korei”, wiem jeszcze mniej. / Julia Nita

REPERTUAR FESTIWALU

 

Niemalże każda forma miłości przemknęła przez scenę. Kilkanaście etiud. Każda o czymś innym. Było jednak pewne spoiwo: miłość. Miłość, którą każdy inaczej postrzega, inaczej okazuje i przyjmuje. Tak też było w przypadku przedstawionych widzowi postaci. Każda z nich o innej emocjonalności, wrażliwości, zmagająca się z innym problemem. Komuś ta miłość pomaga, kogoś rani, komuś zwisa. Każdy coś innego robi w tym kierunku. Czasem są to złe decyzje. Poprawka. Najczęściej są to złe decyzje.

 

Kto w teatrze porusza jeszcze kwestie miłości, tzn. kto stawia miłość na pierwszym miejscu w spektaklu? Widz przez dwie godziny atakowany jest tematem miłości. Jednym się to podoba- utożsamiają siebie z aktorami, widzą w nich swoich znajomych, rodzinę. Inni krzywo patrzą, mają dosyć.

 

Jak wiele twarzy może mieć miłość?

 

Spotykamy się z ciężkimi tematami. Miłość nauczyciela do ucznia, która postrzegana jest jako coś niewłaściwego. Miłość upośledzonej kobiety, chcącej urodzić dziecko, do zdrowego mężczyzny.

 

Miłość prostytutki do swojego wieloletniego klienta. Miłość do sąsiada.

 

Analizując to wszystko zastanawiam się, czy można określić to uczucie jako dobre, albo złe.

 

„Ponowne zjednoczenie” przekonuje mnie, że nie.

 

Po mojej prawej stronie wiszą czerwone haki. Wraz z upływem czasu i przedstawianymi historiami na hakach zawisają ludzie. Nie tacy cieleśni, ale wypatroszeni, puści w środku, w przeróżnych pozycjach. Ich ciała to ramy, zimne i metaliczne. Zapewne ciężkie.

 

Ubrany w skórzany fartuch Łukasz Witt-Michałowski (reżyser), zajmuje się zawieszaniem ich na hakach. Chyba mu się to podoba, chyba nie ma nic przeciwko, chyba jest tylko pośrednikiem pomiędzy ofiarą, a katem.

 

Spektakl jest obrazem bardzo trudnych relacji międzyludzkich. Porusza spektrum seksualności, pożądania, tęsknoty, przywiązania. Udowadnia, że wątpliwości i cierpienie to nieodłączne elementy miłości. Pokazuje, jak paskudną istotą może być człowiek.

 

Wychodząc ze spektaklu nie jestem w stanie się nawet popłakać. Są we mnie takie emocje, że stoję tylko i patrzę w bliżej nieokreślone miejsce. Słowo „miłość” nigdy już nie będzie brzmiało tak samo.

 

 

 

Julia Nita