Dla mnie sen nie przyszedł podczas całego przedstawienia. Od pierwszej minuty zahipnotyzował mnie prostotą, oszczędnością środków i rekwizytów. Najważniejszymi elementami byli ludzie i nie byle jacy, gdyż aż 18...

i wszyscy praktycznie cały czas występujący na scenie i próbujący odpowiedzieć na pytanie: jak rzeczywiście może wyglądać stereotypowość poglądów i przekonań w małomiasteczkowym wydaniu?

 

„Gdy nadejdzie sen” jest dziełem Katarzyny Dworak i Pawła Wolaka i jest to kolejna pozycja w stylu „wiejskiego życia” tegoż duetu. Ukazanie zaściankowości wsi nie jest z pozoru trudnym przedsięwzięciem, ale połączenie – wiejskość i sakralna atmosfera (duża zasługa chórków) powodowała wciągnięcie widza w świat wzajemnych wiejskich koneksji, gdzie, jak się okazuje, wszystko jest dobrze, póki sąsiadowi nie zaczyna się lepiej powodzić.

Tak naprawdę historia ta wprowadza nas do nieszczęśliwego życia Basi – która od samego początku czuje się wyobcowana we wsi, czuje, że tam nie pasuje, chciałaby się wyrwać, ale „Uciec nie ma za co… a jak nie ma za co… to nie ma gdzie”. Dodatkowym uziemieniem jest jej dziecko oraz jego ojciec – Jasiek, za którego jednak wyjść nie chce, co jeszcze bardziej alienuje ją w oczach społeczeństwa. Basię (owacje dla Alicji Stasiewicz) poznajemy jako zagubioną dziewczynę, która jednak swoim butnym i trochę prymitywnym zachowaniem odpycha, ale paradoksalnie jeszcze bardziej przyciąga uwagę. Poszukiwanie wolności jest eksponowane przez Basię przez jej liczne romanse. Z ciekawością obserwowałam jej wręcz dziecinną, ale lubieżną grę wobec nowo poznanych mężczyzn.

 

Wiejskie towarzystwo nie akceptuje odbiegania od utartego schematu: mąż - głowa rodziny, żona – kura domowa, jednak mimo obecnego linczu na Basi, okazuje się, że na wsi nikt świętym nie jest. Nawet ksiądz, mówi do Basi: „Bóg Cię kocha, ja nie muszę”. Brat Basi tyranizuje swoją ciężarną żonę, chłopi są pazerni a wiejskie kobiety łase na zaloty Jaśka. Natomiast osobny rozdział należy się właśnie Jaśkowi, który niczym Konrad z „Dziadów” wygłasza swoje przemowy o nienawiści, miłości i zdradzie. Jasiek (Ernest Nita) jest postacią od początku tragiczną – znęcający się nad Basią, nerwowy młodzieniec zostaje na oczach mieszkańców zdradzony przez matkę swojego syna, później odtrącony przez społeczeństwo na wieść o jego wygranej na loterii, aż w końcu dotknięty wielką tragedią.

 

Metaforyczne przekazy, jak np. ukazanie społeczności jako gdakających kur, oszczędność elementów – drewniane ławy, na których zasiadała wiejska społeczność, owa „loża szyderców” oraz rozwieszone folie, za którymi kryli się aktorzy – stanowiło spójną całość dla wypowiadanych kwestii, w której dosłowność zastąpiono gestami. Nie ma jednak mowy o skromnym przekazie – odgłosy wiejskiego życia przerywane chórem tworzą znakomite tło dla rozgrywanej akcji. Jak uderzenie obuchem okazała się scena związania Basi przez jej brata metalowym sznurem za szyję – jak psa przy budzie. Basia raz po raz wstaje i próbuje iść w stronę ukochanego, jednak nie brutalnie, a z okrutną monotonią, brat ciągnie ją po podłodze ku sobie.

 

Równie „smakowitych” scen jest więcej i dlatego dałam się porwać opowieści o prostym życiu na wsi, które posiada bardzo złożone oblicza. Motyw nieszczęśliwej, interesownej miłości jest pretekstem do zagłębienia się w ciemne oblicza spokojnej wsi, gdzie nie istnieje szczęśliwe zakończenie. To przede wszystkim historia o ludziach, którzy są zawistni, tkwiący w utartych stereotypach i nie mających w sobie dość współczucia dla drugiego człowieka. A bez współczucia, ale z głęboką pokorą zostaje już tylko siąść i zapatrzyć się na ten obraz, który nie pozwoli na to, by nadszedł sen.

 

Przynajmniej mnie.

Karolina Chwolek