Co, gdyby kazano nam patrzeć na własne niedoskonałości, wyśmiewać się ze swoich wad i uświadamiać sobie bolesną prawdę, że widowisko, które się obserwuje, jest odzwierciedleniem własnego życia?

Taką rozrywkę zapewniono z pewnością mieszkańcom Kalisza, ponieważ tytułowe „Klęski w dziejach miasta” właśnie do niego się odnoszą. Kalisz, miasto, który każdy zna ze słuchu, bardziej dociekliwi nawet wiedzą, gdzie jest usytuowane na mapie, jednak nikt tak naprawdę nie wie, jakie bolesne skrywa prawdy o historii, ale i mieszkańcach.

Weronika Szczawińska wyreżyserowała dzieło niezwykłe: Zainspirowana „Niewidzialnymi miastami" Italo Calvino, wciąga w wymagającą grę, w której widz zadaje sobie pytanie, czy rzeczywiście jest mieszkańcem takiego miasta. Poznajemy odkrywcę Marco Polo (granego przez świetną Nataszę Aleksandrowitch) i Wielkiego Architekta Van Deera (rola Marcina Trzęsowskiego), jednak szybko okazuje się, że ich spotkanie wychodzi poza wytyczone normy poznania. Zmienia się w przypowieść nie tylko o odkrywcach, architektach, ale o historii miast, z których się tylko wyjeżdża. Przypowieść ta jest jedną wielką parabolą dotyczącą życia w owym mieście, a nawet kilkudziesięciu miejscowościach w Polsce. Wielu widzów pewnie z zadumą stwierdzi, że podobny smutno-komiczny charakter może odnaleźć na swoich ulicach.

Poznajemy cztery różne wcielenia wyżej wspomnianego miasta, nazywane Kalecholią, Kadaliszem, Kalimbasem i Kaliszmarem. Jak również czwórka aktorów personifikujących Wichurę, Epidemię, Pożar i Plagę obrazowo komentuje tragiczne wydarzenia zapisane na kartach historii tego miasta. Przed oczami ukazują nam się różne klęski, kakofonia pisków, szeptów, odgłosów miasta, które docierają z różnych stron i atakują słuch, oczy i cały umysł. Aktorzy są niczym jeźdźcy apokalipsy, którzy przed Sądem Ostatecznym pokazują co tak naprawdę oznacza katastrofa. Pląsające na deskach postacie z robotycznymi ruchami, wydające przeszywające, hipnotyzujące dźwięki, doprowadzają do pełnego wyobrażenia o życiu nie po apokalipsie, ale w jej trakcie.

Z wieloelementowej instalacji, która jednocześnie jest instrumentem, harfą i gongiem w jednym, aktorzy wydobywają przeszywające nuty – niepokojące, przypominające o różnych dramatach, z którymi muszą się mierzyć mieszkańcy miast, które, podobnie jak Kalisz, mają swoją specyficzną atmosferę zapomnienia.

Całość jest intelektualnym, audiowizualnym, wymagającym, ale i przytłaczającym obrazem, który pochłania uwagę, ale i ją rozprasza poprzez upstrzone stroje bohaterów, tańce, hulanki, swawole, gwizdy, pomruki, które dopracowane są jednak w najmniejszych szczegółach. Jest dobrą okazją do sprawdzenia, kim naprawdę jesteśmy i jak reagujemy na ironię wobec własnych niedoskonałości. Szczególnie na sporą dawką autoironii i umiejętności wyłapywania symbolicznych przekazów powinien przygotować się widz, który chce przekonać się, czy jest jednym z mieszkańców miast: „do których nie ma powrotów”.

Karolina Chwolek