Oszczędna i surowa scenografia, ekspresyjna gra aktorów – tak najkrócej można powiedzieć o gruzińskim przedstawieniu „War in my garden”.

Mówi o postawach ludzi zagrożonych wojną. Nie zobaczylibyśmy go w Zabrzu, gdyby reżyser z Tbilisi nie wybrał się do Petersburga, a reżyser z Gliwic – do Mińska.

Do Petersburga pojechał jeden z dyrektorów artystycznych teatru w gruzińskim Poti i zobaczył mało znaną sztukę z 1973 roku „Złodziej” Wiesława Myśliwskiego. Wydała się na tyle interesująca, że postanowił wystawić ją u siebie. Reżyserię zaproponował Polakowi Dariuszowi Jezierskiemu, dyrektorowi Teatru Nowej Sztuki w Gliwicach.

- Moja droga do Gruzji wiodła przez Białoruś – opowiada Dariusz Jezierski. – Na festiwalu w Mińsku wystawialiśmy nasze spektakle, w kolejnej edycji byłem tam jurorem. Poznałem reżysera gruzińskiego, wtedy jeszcze z Tbilisi, zaprosił mnie do realizacji „Policji” Sławomira Mrożka, potem zrealizowałem dwie sztuki w Poti: „Emigrantów” Sławomira Mrożka i „Złodzieja” pod tytułem „W moim sadzie wojna”. Obie pokazaliśmy w Zabrzu.

Jezierski nie zna gruzińskiego, mówi że to nie problem: – Z aktorami rozmawiam po rosyjsku. Najtrudniej było przy „Policji”. Teraz jestem już tak osłuchany z brzmieniem języka, że aktorzy zastanawiają się, skąd wiem, że opuścili tekst – po prostu w teatrze funkcjonuje język pozawerbalny. Z gestu, mowy ciała, sytuacji scenicznej wynika, że z tekstem dzieje się coś złego.

Złodzieja” się przestraszył. – Nie sztuki, ale ogromu tekstu napisanego z typową manierą prozaika – tłumaczy reżyser. - Zresztą Wiesław Myśliwski po napisaniu dwóch dramatów uznał, że nie ma do nich tak dobrej ręki jak do powieści. Ładunek emocji, przekaz filozoficzny i humanistyczny w „Złodzieju” jest ogromny, jak zawsze u tego autora. Trzeba było skrócić, zaadaptować i znowu działa. Jest teraz skondensowany i jak najbardziej adekwatny do tego, co dzieje się w tej chwili na świecie.

Po pokonaniu trudności językowo – tekstowych pozostał jeszcze problem dotarcia do aktorów. - Tu pracuje się metodą Stanisławskiego, tworzy się bardzo głębokie kreacje psychologiczne, wszystko jest przemyślane i to czasami przeszkadza – przyznaje Dariusz Jezierski. - W Polsce lubimy pracować z aktorem bardziej otwartym i swobodnym. W „ W moim sadzie wojna” poszliśmy we wrodzoną im ekspresję. Skoro rzecz jest o tradycyjnej wiejskiej rodzinie gruzińskiej, to dobrze by było, żeby oni byli tacy jak są. Ich język jest bardziej dynamiczny, zbliżony czasem do japońskiego, w którym dialog wygląda jakby cały czas na siebie krzyczano. U nas też można usłyszeć krzyk – oni tak mówią - kaukaska krew. Problem polegał na zmuszeniu ich do wewnętrznej dyscypliny.

„War in my garden” i „Emigrantów” pokazano w Zabrzu, bo ich reżyser szukał dla Gruzinów teatru-partnera. W Gliwicach jest muzyczny, więc na partnerstwo namówił Teatr Nowy. Zabrzański zespół był tam już z „Top dogs”, teraz Poti przyjechało z rewizytą.

„War in my garden” miało premierę w Poti 14 sierpnia ubiegłego roku. W Gruzji zaliczane jest do najlepszych spektakli poprzedniego sezonu. Jedynym grającym w nim rekwizytem są jabłka. Wielka polityka sprawiła, że znaczyły dużo więcej niż chciał reżyser. Dariusz Jezierski tak o tym pisał na jednym z portali internetowych:

Podczas pracy nad przedstawieniem dowiedziałem się nieoczekiwanie o nałożonym przez Rosję embargu na polskie jabłka. Do Gruzji dotarły szybko wieści o akcji jedzenia polskich jabłek "na złość Putinowi". Przeprowadziłem więc na ten temat rozmowę z gruzińskimi aktorami. Nie trzeba było długo czekać na ich reakcję. Na znak solidarności z Polską aktorzy demonstracyjnie jedli jabłka podczas owacji po premierze. Wcześniej wzięli również udział w specjalnej sesji fotograficznej.

Wojciech Cydzik