który wcześniej parał się przestępczością – mówi Łukasz Witt-Michałowski, reżyser „Tata ma kota” Szymona Bogacza.

Pana spektakl ma wspierać ojców, którzy w sprawach rozwodowych przegrali prawa do opieki nad dziećmi, a umieścił ich pan w piaskownicy z foremkami. Nad nimi góruje piaskowa figura Matki – Polki. Są zabawni. Dziwne wsparcie.

To zabieg estetyczny, który dużo mówi o sytuacji, o tym w jaki sposób widzi się tych facetów. W piaskownicy wyglądają jak dzieci stojącej obok matki z piasku. Nie uciekam od często szyderczego czy prześmiewczego ukazywania tych ojców. Bo oni są i śmieszni, i żałośni, i nie bez wad. Ta cała sytuacja jest mocno przerysowana. Wydaje mi, się że jeśli widz od początku widzi, że są w piaskownicy z foremkami, to w pewnym momencie o tym zapomina, tak jak muzyk podczas gry zapomina o nutach. Istotne jest to, co oni mówią. Są tam miejsca, kiedy wcale nie jest do śmiechu. Na przykład kiedy, udając chłopców, którzy porwali swojego ojca, bo byli mocno zdesperowani, nagle rezygnują z naśladowania wesołego dziecięcego gaworzenia – mówienia np. iranizować zamiast ironizować. Kiedy przytaczają statystyki sądowych rozstrzygnięć w sprawach o opiekę, nagle zaczynają mówić jak dorośli: „Zaraz, ale 96 proc. do 4 proc., to jest trochę tak jak wybory na Białorusi”. Wprawne ucho to wyłapie, usłyszy, że tak naprawdę, to ci faceci robią jakąś zgrywę. Ta forma jest zgrywą, a ten moment zwraca uwagę na rzeczy szczególne. To oczywiście też kwestia akcentów reżyserskich. Bo jeśli wybieram taką formę, taki świat i taki kostium, to w jaki sposób można nagle zacząć opowiadać o rzeczach poważnych. To rodzaj kamuflażu, cały czas widzę manifestację ojców, którym sąd nie przyznał prawa do opieki. Odbyła się bodaj 1 września. Okupowali jeden z głównych mostów w Warszawie; tu oni z jakimiś transparentami, czegoś się domagają, obok ludzie w samochodach wiozą dzieci do szkół. A oni mówią „Ale my nie mamy kogo wieźć” i stoją. Co zrobić? Przejechać? Objechać, bo nie są aż tak liczni? I to jest żałosny obrazek – tylko dwunastu facetów na wielkim moście, choć udział zapowiadało dwustu, to kropla. W odbiorze są śmieszno-żałośni i pomyślałem sobie, że w naszym spektaklu też powinniśmy tacy być, jeśli chodzi o formę. Bo przecież to, co oni mówią: „Chcemy dostępu do naszych dzieci” już żałosne nie jest, tylko bardzo ludzkie, tak jak treść, którą ubrani w krótkie gatki, staramy się serwować ze sceny.

W ramach dziwnego wsparcia jednym z ojców, tak potraktowanych przez sąd, jest gangster. Dokładnie wylicza napady, których dokonał, a my mamy przejąć się tym, że utrudnia mu się widzenia z dziećmi.

Ojcowie są różni. Oczywiście, to jest mocno przerysowane. Ale w zespole moich aktorów mam człowieka, który wcześniej parał się przestępczością zorganizowaną. W spektaklu wykorzystaliśmy fragment jego historii. Ktoś inny opowiada inną historię. Szymon Bogacz je spisuje i nadaje im formę sztuki, którą ja potem staram się wbić w ciało aktora. W ten sposób pracujemy przy tym projekcie.

Jak reagują widzowie? Czy przyszedł jakiś ojciec i powiedział „Cieszę się, że zrobiliście to”?

Tak, to są zawsze niezwykle wzruszające momenty, kiedy słyszy się, że to jest nisza kompletnie niezagospodarowana przez sztukę, a przez teatr szczególnie i że to jest niezwykle ważne, żeby mówić o tym do ludzi. Planujemy pokazywanie tego spektaklu w miejscach niekoniecznie teatralnych - w fundacji praw dziecka i ojca oraz w stowarzyszeniach ojców broniących swoich praw.

W klubie festiwalowym powiedział pan, że nie lubi manifestów. Jak to pogodzić z tym, że robi pan teatr zaangażowany?

Manifesty kojarzą mi się z linią programową, z czymś, co będę realizował przez kilka najbliższych miesięcy czy lat. Poza tym mają coś wspólnego z modą. Staram się grzebać w takich tematach, które są dla mnie istotne a niekoniecznie modne. I od 2007 roku, od kiedy scena In vitro powstała, udaje nam się dotykać takich spraw, które wydają nam się ważkie a niekoniecznie są aktualnie na tapecie.

Dziękuję za rozmowę.
Wojciech Cydzik