– stwierdza Piotr Ratajczak, reżyser „Obywatela K.” Artura Pałygi. 

Proszę sobie wyobrazić, że przychodzi pan na spotkanie z widzami po „Obywatelu K.”, na sali są tylko młodzi ludzie i każdy mówi, tak jak jeden z widzów na dzisiejszym spotkaniu: „Nie interesuję się polityką, wasze przedstawienie w ogóle mnie nie poruszyło”. Co wtedy?

Strach (śmiech). To nie mi się tym zajmować. To socjologowie mogliby powiedzieć dlaczego następuje – i Polska w tym przoduje – tak wielkie wycofanie młodych ludzi ze społecznej aktywności. Może oni się gdzieś udzielają, np. w organizacjach pozarządowych? Ale mnie to bardzo niepokoi, że przestają się interesować polityką - czy szerzej - zmianami społecznymi. Wydaje mi się, że elity chyba na to zapracowały i o tym również jest ten spektakl, że władza mówi językiem socjotechniki i młodzi nie wyczuwają w tym żadnej szczerości ani prawdziwej obietnicy. Dlatego nie angażują się, bo czują, że ludzie z telewizorów nie mówią do nich. Mówią jakimś niezrozumiałym i pustym językiem, który nie ma w sobie nic ważnego. W związku z tym zamykają się w facebookach, skypach, w różnych mediach społecznościowych i tam się realizują. Jeśli nie będzie dobrej edukacji, która nakierowywałaby ludzi na zmianę otaczającego świata i dalej - na zmianę Polski i Europy, to czeka nas bardzo niebezpieczna przyszłość: populistyczna, w której będzie można manipulować tłumem i kształtować go tak, jak będzie się to opłacało politykom.

A może powinien pan pomyśleć: „Oni są dla mnie za młodzi, ja już do nich nie trafiam”?

Oczywiście. Mam 40 lat, nie mówię już językiem 18-latków. Opowiadam o tym co mnie niepokoi, o intuicjach dotyczących naszej przyszłości. Staram się rozumieć tych, którzy mają 18 – 20 lat, ale jeśli język i forma, którymi opowiadamy oraz temat nie trafiają, to już jest ryzyko wpisane w nasz zawód.

Tak właśnie jest w „Obywatelu K.” młodzi nie dogadują się ze starymi.

Tak, bo nie rozumieją tego mechanizmu. Widzą fałsz i kłamstwo i nie chcą tak funkcjonować. Chcą stworzyć nową rzeczywistość, o której nie wiedzą jak ma wyglądać. Wiedzą, że trzeba rzucić kamieniem, to jest ich akt rozpaczy w związku z systemem, który nie daje możliwości i jest nie do przebicia.

Dziś na spotkaniu powiedział pan o ludziach „Solidarności” że są autorytetami, ale w spektaklu nie zostawił pan na nich suchej nitki, tam nie ma żadnego autorytetu.

To jest gorzka refleksja 25 lat po rewolucji. Wszystkie ideały solidarnościowe - pewnej wspólnoty i solidarności społecznej - wyparowały, nie istnieją. Jest pusta gadka zadowolonych z siebie i bardzo dobrze odżywionych polityków, którzy gdzieś, kiedyś, być może wyznawali te ideały, ale my jako społeczeństwo jesteśmy od tego odklejeni. To jest elita, która zdradziła wszystko, co mogła nam zaoferować na poziomie ideowym. Nie mamy w tej chwili w Polsce żadnego projektu ideowego, nie wiemy w jakim kierunku mamy iść, czego się trzymać jako społeczeństwo. Bo chyba nie dziewiętnastowiecznego pojęcia narodu.

Mnie jako jednego ze starych najbardziej zabolał w tym przedstawieniu wiersz Miłosza. Słowa, które rzucaliśmy w twarz komunistom, usłyszymy od młodych wypowiadane z tą samą złością.

Tak. To ironia. Mam nadzieję, że bolesna dla ludzi, którzy w 1980 roku rzucali kamieniami i cytowali Miłosza – dzisiaj to oni są adresatami. Może jest szansa żeby na moment otrzeźwieć. Zresztą – to ciekawe – że w trakcie robienia tego przedstawienia, przed i po, pojawiło się dużo książek, w których elity solidarnościowe mówią „zdradziliśmy ideały”. Autorem jednej z nich – „Byliśmy głupi” - jest Marcin Król, należący do ikon intelektualnych „Solidarności”. Więc dochodzi do publicznego spoglądania na to, co zdarzyło się w sferze duchowej. Bo w sensie materialnym jest lepiej, naprawdę mamy autostrady i świetne pociągi. Ale na poziomie duchowym, na poziomie wartości, chyba coś złego dzieje się z naszym społeczeństwem i pewnie będzie się działo.

W Zabrzu premiera „Obywatela K.” miała miejsce na dwa dni przed pierwszą turą wyborów prezydenckich. Czy pana zdaniem taki spektakl mógł wpłynąć na ich wynik?

Ze zgrozą dowiedziałem się, że 20 proc. społeczeństwa dopiero w dniu wyborów decyduje na kogo odda głos. To znaczy, że jesteśmy podatni na różne manipulacje i oddziaływania, że może ktoś, kto wtedy zobaczył przedstawienie, pomyślał sobie: „A, kurde, to są jednak świnie. To pójdę zagłosować przeciwko, na przykład na Kukiza”. Ja w to nie wierzę. Nam nie zależy na zmienianiu postaw. Chcemy, żeby ludzie zastanowili się, czy w naszym świecie nie ma czegoś niepokojącego i czy nie należałoby tego zmienić wyborami.

I zagłosować na Pawła Kukiza? Pytam, bo „Obywatel K.” wygląda tak, jakby został zamówiony przez jego komitet wyborczy.

To ciekawe. Jestem ostatnią osobą, która by tego chciała. Uważam, że w buncie - w tym, że w tym zasklepiałym systemie, który w ostatnich latach dominował u nas, coś jednak podskórnie pęczniało i musiało wybuchnąć - jest coś pozytywnego. A że kierunek tego wybuchu jest dla mnie absolutnie nie do zaakceptowania, to trudno. Takie są prawa społecznych buntów. Najczęściej następują nie od tej strony, którą byśmy sobie wymarzyli. Ja bardzo bym chciał, żeby to była rewolucja liberalno-lewicowa, społeczna, wrażliwa. Tymczasem mamy jakiś konglomerat elementów narodowych, totalnie populistycznych, w którym Kukiz gada głupoty, o tym, żeby nie płacić podatków i w ogóle zniszczmy wszystko. Ja się za tym nie opowiadam, ale wydaje mi się, że akt buntu jest dzisiaj ważny i potrzebny dla elit.

Dziękuję za rozmowę.
Wojciech Cydzik