W ciągu czterech dni doliczyłem się aż trzech takich przypadków. Nie pamiętam festiwalu, na którym tak często można było zobaczyć albo usłyszeć o tym, jak teatr wykracza poza scenę i o wyprawach w drugą stronę.

Przypadek pierwszy: reżyser

W przeddzień oficjalnego otwarcia „Rzeczywistości przedstawionej” na zabrzańskiej scenie swój spektakl pokazał Akademicki Teatr Muzyczno – Dramatyczny w Równem na Ukrainie. Przywiózł „Deadline. W ostatnią godzinę”, na podstawie powieści Walentyna Rasputina, w reżyserii dyrektora teatru Włodymyra Petriwa. Grane było po ukraińsku, widzowie nie mieli problemów ze zrozumieniem, a dopracowane w najmniejszych szczegółach role sprawiały, że oglądali w skupieniu. Patrzyli na rodzinne spotkanie przy łóżku ciężko chorej matki, gdzieś na zapadłej rosyjskiej wsi. Zorganizował je syn spodziewający się jej śmierci, tymczasem kobieta jakby wracała do zdrowia, czując obecność dawno nie widzianych dzieci. One rozmawiały, spierały się o to, kto bardziej kocha matkę, piły wódkę zakupioną z myślą o stypie. A ona godziła się z odejściem, pewna, że wszystko zrobiła dobrze, że obdarzyła je wystarczającą miłością. Typowa rodzinna sytuacja posłużyła do skonstruowania opowieści rozpiętej między ziemią i niebem, o odchodzeniu matki, o tym, co dostajemy od niej i co możemy jej dać.

Gdy reżyser po brawach (pierwszej festiwalowej owacji na stojąco) wyszedł do publiczności, powiedział: – Moja mama nie żyje od 14 lat, to przedstawienie zrobiłem 11 lat temu –Dedykuję je mamie i wszystkim matkom.

W rozmowie z nami dodawał: - Lubię tego autora, marzyłem o tym spektaklu, pracę nad inscenizacją rozpocząłem kiedy mama żyła. Bardzo długo miałem ją w głowie.

Kolejnymi zdaniami dyrektor rówieńskiego teatru także zaskoczył publiczność. – Dziękuję Zabrzu, dziękuję profesorowi Marianowi Zembali, dzięki wam mam drugie serce i drugie życie.

Po czym zaczął się poprawiać, że serce to samo, ale było w Zabrzu reperowane. – Wszczepiono mi tu by-passy – mówił potem w rozmowie. – Równe to miasto partnerskie Zabrza. Kiedy zaczęły się problemy z sercem, prezydent mojego miasta zadzwonił do waszego prezydenta, a potem przyjęto mnie w Śląskim Centrum Chorób Serca. Jestem za to wdzięczny, to przedstawienie jest moim podziękowaniem dla Zabrza, profesora i was wszystkich.

Przypadek drugi: widz
Scenografia spektaklu „Lekcje miłości” Teatru im. S. Jaracza w Łodzi to dwa ciasne mieszkanka w bloku. Ich ściany ustawione są na obrotowej scenie przesuwanej zgodnie z rozwojem akcji. Poza obrotówką są drobne rekwizyty, m.in. fotel; gdy scena jest przesuwana pracownicy techniczni przenoszą go, by stał tam gdzie to ustalono. Podczas wtorkowego przedstawienia, po jednym z przesunięć sceny, fotel nie zmienił położenia. Stał trochę z boku, jakby zapomniany, a w mieszkanku na obrotówce zaczęła się kolejna scena spektaklu. Trwała już kilkanaście sekund, gdy na scenę wszedł jakiś mężczyzna, rozglądnął się i przesunął fotel. Czyżby spóźniony pracownik techniczny? Nie. Z rozwoju sceny wynikało, że to widz podjął się korekty w ułożeniu sprzętów, bo fotel stał na właściwym miejscu. Aktorom udało się zręcznie dopasować do nowego układu scenografii.

Motywy widza były głównym tematem rozmów po spektaklu. Próbowano je nawet tłumaczyć lokalnymi animozjami. Według mnie sprawa jest o wiele prostsza. W przedstawieniu właśnie zaczynała się scena łóżkowa. Marek Kałużyński zaświecił już intymne światło w sypialni, jego postępowanie wobec Agnieszki Skrzypczak było coraz odważniejsze, a widz-scenograf tak siedział, że widział tylko oparcie fotela. Przesunął go, bo bał się, że umknie mu... lekcja miłości.

Przypadek trzeci: aktorka
W „Obwodzie głowy” Teatru Nowego w Poznaniu Daniela Popławska gra starą kobietę – Alodię Witaszek - która jako dziecko podczas II wojny światowej została zabrana polskim rodzicom i oddana niemieckiej rodzinie. Po wojnie wróciła do polskiej matki, przez długi czas nie potrafiła powiedzieć kim jest - Polką, Niemką. W niemieckim domu miała dostatek, wróciła do biedy.

- Dla mnie to była niesamowita sytuacja, pierwszy raz grałam kogoś, kto siedział na widowni – opowiadała Daniela Popławska w klubie festiwalowym, po „Obwodzie głowy”. - Pani Alodia przyjechała do nas na trzecią próbę generalną - takiej tremy jeszcze nie miałam. Na premierze, ze sceny widziałam ją kątem oka. Zresztą wcześniej nie wytrzymałam i pozwoliłam sobie zatelefonować do pani Alodii, dostałam telefon od reżysera. Rozmawiałyśmy godzinę. Ale najbardziej niesamowitym przeżyciem było to, kiedy poznałyśmy się. Po premierowym spektaklu wybiegłam ze sceny przywitałam się: „Pani Alodio, to ja, też Alodia”. Była bardzo zdenerwowana, widać było, że bardzo to przeżywa. Wnuczka, która przyszła z nią powiedziała: „Co tu babcia mówić, obie tak samo się zachowujecie, międlicie tę chustkę w ręku”. Miałam chusteczkę nie wiedząc, że ona także ją ma. Potem rozmawiałyśmy jeszcze parę godzin.

Wojciech Cydzik