To przede wszystkim zastanowiłbym się nad umiejscowieniem gospodarzy w werdykcie. Mało to profesjonalne, bo juror ocenia dzieło, potem dopiero zastanawia się nad autorem, ale sytuacja jest wyjątkowa. - Okiem Cydzika

Teatr Nowy miał w konkursie dwa duże przedstawienia, które trzeba zaliczyć do głównego nurtu tegorocznej „Rzeczywistości przedstawionej” - „Top Dogs” i „Jasiu albo Polish joke”. Muszą zostać zestawione z podobnymi pod względem obsadowym. Konkurencja jest poważna: „Męczennicy” (Szczecin – Wałbrzych), „Droga śliska od traw” (Legnica), „Enron” (Czeski Cieszyn). Ostanie raczej nie ma szans na nagrody. Wydaje się, że wierność tekstowi sprowadziła je mielizny. Wygrać powinno przedstawienie mające ambicje objęcia całości, czyli na przykład odnoszące szczegółowy problem do szerszego kontekstu. A zatem: „Top Dogs”, choć ciekawy, nie wygra; za mało w nim o świecie upodabniającym się do korporacji, który zmienia ludzi, za to dużo o ludziach.

„Męczennicy” zapewne zostaną zaliczeni do „młodzieżowego” nurtu festiwalu, o czym za chwilę. Jurorzy zwycięzcę będą wybierali między naszym „Jasiem…” a legnicką „Drogą..”. Wygra chyba – piszę z żalem – Legnica, która w prostej historii ukazała uniwersalny temat. Zło obecne w każdym, które czasem eksploduje z niebywałą siłą. Spektakl oparty jest na aktorach, którzy pewnie zarysowali swoje postacie, grając niemal na pustej scenie. Teatr pokonał niedoskonałości tekstu, jego przekaz był jasny i mocny. Historię – ni to wiejski horror, ni to makabreskę obyczajową – podniósł do rangi przypowieści. Z aktorów na pewno wyróżniony zostanie Rafał Cieluch za Bogdana – zakapiora wracającego do wsi po wyroku za znęcanie się nad rodziną. Z zabrzan jurorzy wg mnie powinni wyróżnić: Jarosława Karpuka za wuja w „Jasiu..”, Dariusza Niebudka za rolę tytułową w tym przedstawieniu oraz Marcina Gawła, który jest tam m.in. górnikiem spod Łodzi i amerykańskim śmieciarzem. W „Top Dogs” moimi typami do nagród aktorskich są Marian Kierycz i Renata Spinek.

Kolejnym problemem jurorów jest nurt młodzieżowy, który po raz pierwszy tak silnie objawił się na festiwalu. Należą do niego spektakle, które w równym stopniu są interesujące dla dorosłych jaki i dla młodzieży, być może dla niej są ważniejsze. Dla widzów „starych” są jeszcze jednym przeżyciem, dla młodych mogą być przeżyciem ważnym. Należą do nich: „Ony” z Gorzowa, „Most nad doliną” z Gniezna i chyba „Męczennicy” jakby rozpięci między nurtem młodzieżowym a głównym, ale bardziej skłaniający się w stronę tego pierwszego.

„Ony” może mieć trudności z dotarciem do jurorów – trzech dojrzałych mężczyzn. To prosta filozoficzna powiastka o dojrzewaniu 8 – letniego chłopca, któremu wyobraźnia pomaga w oswajaniu świata. Nagrodę aktorską przyznałbym, grającemu go, Bartoszowi Bandurze, który z wyczuciem oddał chłopięcy sposób postrzegania świata. Ale główna rywalizacja w tym nurcie o jurorskie względy rozegra się chyba między pozostałymi dwoma spektaklami. W dziwnie nieśpiesznym „Moście nad doliną” znakomicie udało się uchwycić klimat młodzieńczego życia toczącego się między koncertami, rozmowami z kumplami i randkami oraz to, jak dorośli potrafią uwierać owo niby beztroskie bytowanie. Główni bohaterowie to typy, jakie codziennie spotykamy wśród nastolatków: ktoś zapatrzył się w rockmanów, ktoś inny nie chce żyć jak rodzice, szuka swojej drogi, a jeszcze ktoś inny zawierzył im, co z kolei jest powodem niezrozumienia wśród rówieśników. Według mnie nagrodę „w kieszeni” ma „rockman” czyli Deda Masymiliana Michasiówa. „Męczennicy” dojrzewanie, które skręciło na bezdroża, pokazują w rytmie szkolnych lekcji. Za dużo mówią wprost, stąd podejrzewam, że w „młodzieżówce” zajmą drugie miejsce. Z aktorów nagrodziłbym Barbarę Lewandowską (Lydia Weber), która usiłuje zachować normalność, choć wokół wszyscy już ją zatracili.

Pozostają jeszcze przedstawienia niewielkie. Osobnego potraktowania wymaga „Twardy gnat martwy świat” (Kielce). Trudno odgadnąć, jak podejdą do niego jurorzy. Jest perfekcyjnie zrealizowane i z pomysłem. Ale to rodzaj teatralnego wygłupu. Próba oddania tego, jak bardzo ulegamy codziennej paplaninie mediów, językowi gier komputerowych i promocji. Każe pomyśleć o tym, ile nas jeszcze dzieli od czasów, w których za poważne będziemy traktowali kwestie wylansowane przez śniadaniowe telewizje a za niepodlegające dyskusji wyroki wydawane przez ich prezenterki. Nagroda moim zdaniem pewna: Andrzej Plata za popisowy właściwie monolog w pierwszej części spektaklu.

Były jeszcze trzy przedstawienia, właściwie dwuosobowe o spotkaniu kobiety i mężczyzny. To z najlepszym tytułem dla takiego tekstu „Pocałunek” (Szczecin) zostało chyba przyćmione przez dwa pozostałe. Trudno się dziwić, skoro w obsadzie „Boże mój” był Bronisław Wrocławski. Wciąż niedościgły odtwórca skomplikowanych typów, nawet jeśli przychodzi grać stwórcę. Drugą nagrodę aktorską przyznałbym Tomaszowi Sobczakowi za postać z Blackbird (Białystok). Nadal nie wiem, czy był przestraszony spotkaniem, czy pierwsze zaskoczenie tak bardzo go wytrąciło z równowagi. Tak samo jak nie wiem, kiedy mówił prawdę o sobie, czy jest ohydnym zwyrodnialcem czy mężczyzną który raz w życiu uległ mrocznej żądzy.

Tyle moje typy. Gdyby jurorzy postanowili inaczej, wyjaśniam: zdarza się im błądzićJ