- oznajmia Joanna Nowak, która od roku jest dyrektorem Teatru im A. Fredry w Gnieźnie. - Wywiad Cydzika

 

 

„Most nad doliną” to drugie przedstawienie powstałe w Gnieźnie podczas pani dyrekcji. Czy wyznacza kierunek działalności tamtejszego teatru?

 

- W pewien sposób tak. Moim zadaniem i celem w Gnieźnie jest postawienie na różnorodność - różnych twórców, różne języki i poetyki teatralne. Ten spektakl robiony jest przez bardzo młodych ludzi. Chodzi o wniesienie młodej spontanicznej energii. Pokazanie, jak młode pokolenie i reżyserów i aktorów odczytuje współczesne teksty. Tekst został napisany kilka lat temu również przez w miarę młodego węgierskiego autora. Tę nową młodą energię niosą ze sobą aktorzy, muzycy, reżyser scenograf. Chcemy otwierać Gniezno na różnorodność i odmładzać zespół, pokazywać nowe twarze. Chcemy też, dlatego nasza obecność tutaj, zacząć pokazywać teatr gnieźnieński szerszej publiczności. On przez wiele lat był trochę w cieniu, działał tylko na swoim terenie. W formule bardziej edukacyjnej. Zajmował się prezentacją klasyki oraz opowieści dla dzieci i młodzieży. Chcemy, żeby Polska zobaczyła, że to jest naprawdę wartościowy teatr, w którym pracują fajni ludzie - starsze i młodsze pokolenie. I chcemy mówić o naszych współczesnych problemach. Dlatego też podjęcie tej tematyki. Nie bez powodu ten dramat jest oparty na autentycznych wydarzeniach, które miały miejsce nie tak dawno. Dotyka problemów, które nurtują współczesną młodzież. Jest odbierany i przez młodych, którzy widzą na scenie swoje sprawy, z którymi często nie są w stanie sobie dać rady bez pomocy, a z drugiej strony jest też zaadresowany do nas - do wychowawców, nauczycieli rodziców - jak my mamy sobie poradzić z tym, że nie ma porozumienia między starszymi a młodymi, w jaki sposób należy przerzucić te mosty nad doliną między jednym pokoleniem a drugim. To są sprawy, o których trzeba rozmawiać, bo one dzieją się tutaj i teraz. Tego do tej pory brakowało w Gnieźnie.

 

Odmładza pani zespół, odmładza teatr, ale czy przyjdzie do niego młody widz. Czy to nie jest tak, że on nie chodzi do teatru i już nie przyjedzie?

 

- Staramy się go pozyskiwać, To nie jest aż takie trudne. Właściwie trafiamy tylko do młodego widza. Przyciągamy go naszym repertuarem i propozycją tego odświeżenia i zmiany w tetrze gnieźnieńskim. Ale stawiamy też na tę młodą publiczność, która nie przychodzi do teatru tylko z racji obowiązku szkolnego. A do tej pory trochę tak było. Stawiamy na młodego widza indywidualnego i to się już nam sprawdza. Młodzi ludzie chcą przychodzić. Teatr tylko szkolny, edukacyjny nie do wszystkich przemawiał, poza tym kojarzył się z dość przykrym obowiązkiem szkolnym i traktowany był jako element procesu edukacji, z którego w pewnym momencie się wyrasta i chce się o nim zapomnieć. Dlatego ta zmiana repertuaru i zmiana ludzi, którzy ten teatr robią, trafia do młodych, bo okazuje się, że teatr nie jest tylko suplementem do lekcji polskiego albo historii, że może przerodzić się w dyskusję o naszej współczesnej rzeczywistości. Po „Moście nad doliną” organizowaliśmy zajęcia warsztatowe - spotkania z publicznością, prowadzone między innymi przez psychologów, psychoterapeutów i przede wszystkim psychologów rodzinnych. Rozmawialiśmy o relacjach międzypokoleniowych. Przychodzili rodzice, młodzi ludzie. I pamiętam kilku, którzy – wyglądało, że po raz pierwszy są w tatrze. Podczas dyskusji jeden z nich wstał i powiedział, że on wprawdzie słucha z uwagą tej dyskusji, ale niewiele ma na jej temat do powiedzenia, bo nie ma rodziców, jest z domu dziecka. Relacje rodzice – dzieci go nigdy nie dotyczyły. Ale powiedział, że bardzo podobało mu się przedstawienie, że nie wiedział, że coś takiego może być w teatrze, że bardzo dziękuje za to, że pierwsze jego zetknięcie z teatrem było takie, że poczuł coś bliskiego własnemu życiu. To jest dla nas cenna publiczność. Ci ludzie z nami odkrywają teatr.

 

Mam wrażenie, że młodego widza ukradł świat wirtualny, czy on jest do odzyskania?

 

- To pytanie do wszystkich ludzi teatru. To nie jest tak, że w teatrze nie ma widzów. Teatrowi już dawno wieszczono zgon jak pojawiło się kino, telewizja, kolejne media. Teatr ciągle żyje i ma się dobrze. Młodzi ludzie wciąż przychodzą i są na widowni, nie zawsze przyprowadzają ich szkoły i pedagodzy. Można zachęcić młodych do przychodzenia, jeśli będzie się mówiło ich językiem. Stąd pomysły tego typu, jak w „Moście nad doliną”, że na scenie jest kapela, chcą ich posłuchać, chcą zobaczyć na niej swoich kumpli, potem okaże się, że oni śpiewają o tym, co ich bardzo dotyczy, a jeszcze potem, że o tym opowiada też autor i aktorzy – historia zaczyna wciągać. Właściwie odbiorcą współczesnego teatru jest bardziej młode niż starsze pokolenie.

Powiedziała też pani, że chce pokazywać gnieźnieński teatr. Czy nie taniej jest zaprosić na premierę tłum znanych krytyków i w świat pójdzie wiadomość, że w Gnieźnie jest dobre przedstawienie. Kto chce niech przyjedzie.

 

- Uważam, że teatr powinien wychodzić do ludzi. W Gnieźnie próbuję wypchnąć teatr całkowicie z ram sceny i budynku. To nie jest miejsce gdzie przychodzi się na odświętną premierę, ogląda się i wychodzi, z poczuciem, że zobaczyło się wielką sztukę. My wychodzimy na ulice, rozmawiamy z ludźmi. Robimy różne akcje uliczne, żeby pokazać, że teatr jest miejscem przyjaznym, że nie jest miejscem zamkniętym, koturnowym, świątynią. Szczerze mówiąc oddziaływanie krytyków jest dosyć marginalne. To środowisko jest bardziej zainteresowane tym, co dany krytyk napisze na temat premiery niż przeciętny widz. Zdajemy też sobie sprawę, że przyjazd do Gniezna nie jest aż tak prosty. Poza tym wyrabiamy sobie markę, pracujemy na to, że to jest miejsce gdzie robi się dobry i współczesny teatr. Już zaczyna do nas przyjeżdżać Poznań, może będzie przyjeżdżał Wrocław i cała Polska. Festiwale są po to żeby się konfrontować. Konfrontacja z inną publicznością, przestrzenią i sceną jest bardzo ważna dla aktorów. Przed pokazem w Zabrzu nasz zespół był zaniepokojony tym, jak zostanie przyjęty. Jak przyjmą ich ludzie z Zabrza, którzy nie znają tych aktorów - to ogromne doświadczenie.

 

Dyrektorem w Gnieźnie została pani rok temu, jak wyglądało pierwsze spotkanie z zespołem?

 

Od 30 lat pracuję w teatrach krakowskich i poznańskich. Przez 10 lat byłam wicedyrektorem Teatru Polskiego w Poznaniu. Wzięcie wyłącznie na siebie odpowiedzialności za prowadzanie teatru, nadawanie mu nowego oblicza, to jest największe wyzwanie. Bardzo trudne. Ale teatr jest moim życiem. To jest miejsce, gdzie znalazłam sobie swój własny świat. To mój żywioł – całe dojrzałe życie po skończeniu studiów właściwie spędziłam w teatrze. Mój mąż jest aktorem. Oczywiście, że teraz jest znacznie większa odpowiedzialność, duże oczekiwania i wymagania. Robimy to wspólnie - zespół, moi współpracownicy i wszyscy nowi realizatorzy zapraszani do kolejnych prac, my wszyscy odpowiadamy za nowy kształt teatru gnieźnieńskiego. Tego nie da zrobić w jeden sezon ani w dwa, ani w trzy. Liczę na to, że uda się zbudować coś naprawdę interesującego i to będzie nasze wspólne dzieło.

 

Cel jest taki, żeby dzieło było tak dobre, jak w Poznaniu i Bydgoszczy?

 

Chociażby. Trudno porównywać, bo to są znacznie większe ośrodki, z inną publicznością, ośrodki studenckie. Ale na przykład teatr bydgoski wychodził z podobnego punktu. Był konkretnie usytuowany, mieszczański, trochę na uboczu, robił swoje, wykonywał rzetelną prace, ale był niezauważany w środowisku. Zaczął wyrastać. Najpierw przez lata dyrekcji Adma Orzechowskiego, a potem przez kilka lat dyrekcji Pawła Łysaka. Na końcu został uznany za jedną z najlepszych scen w kraju, z jednym z najlepszych zespołów. Z teatru, który gdzieś tam pełnił swoją misję pozytywistyczną i edukacyjną na obrzeżach zainteresowań wielkiego świat teatralnego, nagle powstał znakomity zespół i znakomity teatr. Takie możliwości potencjalnie drzemią w każdym teatrze i w każdym artyście, trzeba próbować je znaleźć.

 

Dziękuję za rozmowę.
Wojciech Cydzik