– o „Drodze śliskiej od traw” Teatru im. H. Modrzejewskiej z Katarzyną Dworak i Pawłem Wolakiem, małżeństwem, które napisało tę sztukę, wyreżyserowało ją i zagrało w niej.

Mówicie państwo, że odbieranie „Drogi śliskiej od traw” jako ballady to interpretacja widzów, a przecież to diabeł – postać wymyślona przez autorów – nadaje jej cechy mrocznej ballady.

Paweł Wolak: - Nie jestem pewien. Myślę, że gdybyśmy wprowadzili diabła do dziesięciopiętrowego bloku i nazwali go na przykład śpiewakiem, to byłoby to coś zupełnie innego. Uważam, że my, ludzie żyjący w miastach, zapominamy, że 40 proc. społeczeństwa żyje na wsi. Cały czas wieś dla nas jest jakąś krainą magiczną - miastowym kojarzy się ze śpiewem ptaków, ludycznymi wierzeniami, pięknymi obrzędami kościelnymi, tradycją itd.

Katarzyna Dworak: - Kiedy po raz pierwszy usłyszałam, że nasz spektakl jest balladą, to nie obraziłam się. Powiedziałam „Paweł to dobrze”, bo to go przenosi w inny wymiar, daje mu nawias. Jeśli coś jest balladą, nie dotyczy nas.

Paweł Wolak: Wtedy mniej boli i jesteśmy w stanie znacznie spokojniej reagować na to, o czym opowiadamy.

Na początku diabła nie było, wprowadziliście go państwo podczas pisania. Czy pierwotnie zakładaliście, że go nie będzie?

Paweł Wolak: - Nie. Tekst powstał bardzo szybko. Napisaliśmy go z olbrzymimi didaskaliami, które musiały być wpisane w dramat. W pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że to nie mogą być same didaskalia. Zastanowiliśmy się i uznaliśmy, że musi być jeszcze ktoś w rodzaju śpiewaka, wodzireja albo prowadzącego – po prostu diabeł.

Katarzyna Dworak: - Potrzebowaliśmy kogoś, kto poprowadzi tę historię i będzie osobą patrzącą z boku, stąd postać diabła , który nie jest prowodyrem złych działań, tylko je komentuje.

Paweł Wolak: Gdybyśmy nazwali go święty Piotr albo Paweł, to wszyscy by się obrazili. Nazwaliśmy go diabeł.

Przedstawienie byłoby mniej balladowe, gdyby zaczynało się nie od tego, że diabeł potyka się w wiosce a od tego, że Bogdan wraca do niej z więzienia.

Paweł Wolak: Bogdan jest najbardziej nieszczęśliwą postacią. Od początku do końca nie wie co robi. Reaguje na jakiś impuls. W scenie mordowania Jaśka siedzi i mówi: „Ja nie wiem, co się stało. Mnie się to śniło. Maryśka pomóż, bo mnie zabiorą. A ja się zmieniłem. Jestem dobry.”

Katarzyna Dworak: A że jest to postać, która jest uosobieniem zła w tej wsi, to czysty przypadek. Zdarza się, że człowiek ma w swojej głowie coś dziwnego. I tak naprawdę to on jest diabłem w tym spektaklu.

W klubie festiwalowym usłyszałem, że pisząc widzicie państwo przedstawienie na scenie. Ale na scenie byli tylko aktorzy, niemal bez rekwizytów i scenografii.

Paweł Wolak: Dokładnie tak to widzimy. Jesteśmy aktorami, więc jedyna – powiedzmy w cudzysłowie – „rzecz” na scenie to jest aktor. Nie widzimy niesamowitej inscenizacji, zabiegów teatralnych, technologicznych niespodzianek. Dla nas jako aktorów największą wartością jest aktor. Pisząc widzimy przede wszystkim i zawsze tylko aktora.

Swoich kolegów i koleżanki z zespołu.

Paweł Wolak: Aktora w ogóle - człowieka, który operuje tekstem, jest w danej sytuacji. Przede wszystkim widzimy jego, jego twarz i oczy.

Katarzyna Dworak: Nie piszemy dla wybranych osób. Tworząc postać, nie myślimy o konkretnym wykonawcy.

Paweł Wolak: Natomiast nie widzimy całej technologii. I to jest w pewnym sensie przekleństwo naszego niewykształcenia reżyserskiego, że nie podchodzimy inscenizacyjnie. Tylko widzimy to od innej strony - człowieka a nie machinę teatru.

Katarzyna Dworak: Zresztą zawsze z Pawłem, we wszystkich naszych tekstach, ten jest najlepszym przykładem, nie piszemy o człowieku w historii tylko o historii w człowieku. To nas najbardziej interesuje. Jak człowiek może się zachować w określonej sytuacji. Nie jest nam do tego potrzebny rekwizyt. W „Samych”, w „Pracypospolitej” rekwizyty były, teraz czystość sceny była dla nas absolutnie największym wybawieniem.

Ale dla swoich postaci byliście bezwzględni, zostały same, nawet ksiądz nie potrafił im pomóc.

Katarzyna Dworak: Był zagubiony tak jak wszyscy. To nie miał być spektakl o tym, że jest jakaś osoba, która pomaga. Tylko o tym, że ten świat jest na tyle skłócony ze sobą i tak pełen bólu, że my jako ci biedni ludkowie nie jesteśmy w stanie dać sobie z nim rady.

Zaskoczyło mnie, że Jasiek przeżył. Moim zdaniem powinien był umrzeć, żeby zło pokazało się w całej pełni.

Paweł Wolak: Gdyby umarł nie byłoby nadziei.

Jak to? Jego żona urodziłaby bliźniaczki.

Paweł Wolak: On musiał ocaleć, żeby dać nadzieję i moment zastanowienia. Gdy podnoszę się ze sceny (Paweł Wolak, gra w spektaklu Jaśka – przyp. red.), wstaję z tych prześcieradeł i mówię, że jednak przeżyłem, to widzę ulgę wśród widzów, którzy czekają na pozytywne zakończenie, bo zobaczyli już tyle zła. Jest super, że jednak coś się udało, bo przez dwie godziny nic się nie udawało.

Katarzyna Dworak: W jednym z naszych dramatów mamy stwierdzenie „Jak widzę, że komuś jest gorzej, to mi jest lepiej”. Skoro umarł Bogdan (wieś nie pozwoliła mu wyjść z rzeki i utonął – wyj. red.), to fakt, że Jasiek przeżywa, jest światełkiem w tunelu. Wystarczyło wyrzucić Bogdana poza nawias, by wieś została z przeświadczeniem „będzie dobrze”. Ale nie wiadomo, czy za chwilę nie pojawi się ktoś inny.

Paweł Wolak: Zresztą na końcu Jasiek mówi: „Przyszła powódź, zalała domy i jak było wtedy cudownie. Spotkało nas wszystkich nieszczęście i wtedy było najlepiej, bo wszyscy pomagali sobie bez proszenia”.

Katarzyna Dworak: Jakie to polskie i ludzkie.

Piszecie państwo, gracie i reżyserujecie tylko w Legnicy. Czy jesteście już gotowi do zrobienia swojego tekstu poza nią?

Paweł Wolak: Tak. „Droga..” to pierwsza część trylogii wiejskiej. Mamy jeszcze dwa teksty opowiadające o ludziach poprzez społeczność wiejską. Ten był o zbrodni, jest jeszcze o miłości i o rodzinie. Myślimy, że po naszej nauce tutaj, moglibyśmy już wyjść do innego zespołu. Sądzę, że będziemy się bardzo dobrze bawić w następnym teatrze.

Z Legnicy łatwo jest dojechać do Zabrza.

Katarzyna Dworak: Bardzo byśmy chcieli zrobić coś w Zabrzu.

Paweł Wolak: Tym bardziej, że Kasia jest z Bytomia, a ja z Lubina, więc oboje mamy korzenie górnicze.

Dziękuję za rozmowę.
Wojciech Cydzik