Jako widz, ale również recenzentka-amatorka, próbuję się nie nastawiać; nie czytam więc opisów czy dostępnych recenzji. Staram się nie sugerować nazwiskiem reżysera czy ilością gwiazd w obsadzie. W przeszłości nieraz musiałam z żalem przyznać, że coś, co z góry skazane było na sukces, tak naprawdę jest kompletnym gniotem. Zdarzały się oczywiście sytuacje odwrotne, kiedy to spektakl wręcz niszowy łapał mnie za serce i władał myślami jeszcze długo po, lecz przypadki takie stanowiły znaczącą mniejszość. Niezmiennie jednak, w ramach różnych festiwali, czekam na swoiste „wow”. 

Gdybym natomiast musiała cechy owego „wow” wymienić, miałabym nie lada problem. Zeszłorocznymi kandydatami do tego tytułu spośród propozycji zabrzańskiego Festiwalu były „Komedia Obozowa” Teatru im. H. Modrzejewskiej w Legnicy oraz „Paw Królowej” Narodowego Starego Teatru w Krakowie (swoją drogą sygnowanego tym samym nazwiskiem). Dwa zupełnie różne spektakle, każdy wyjątkowy na swój własny sposób.

Podczas XIV Festiwalu również wyczekiwałam objawienia. Do tej pory coś tam mi się podobało, niektóre inscenizacje trochę bardziej, inne trochę mniej... Jak zawsze. „Boże mój” ujęło mnie niezwykłą charyzmą aktorów i samym tekstem, „Męczennicy” poruszyli dawno zapomnianą nutę gdzieś w środku, a klimat i niejako fabuła „Pocałunku” przyniosły skojarzenie z moim ulubionym ostatnio pisarzem, Harukim Murakamim. Jednak to nadal nie było TO. Już prawie zaczynałam łamać swoją zasadę z nie nastawianiem się i wyczekiwać z utęsknieniem kolejnej propozycji legnickiej ekipy, kiedy po drodze pojawił się „Ony”.

Historia napisana przez Martę Guśniowską jest pozornie prostą bajką, adresowaną głównie do młodszego widza, którego wiek plasuje się w okolicach 14-15 lat. Nic bardziej mylnego. Fabuła, owszem, nie należy do najbardziej skomplikowanych, jednak to właśnie w prostocie tkwi jej siła. Spektakl wyreżyserowany przez Alinę Moś-Kerger może podobać się niezależnie od daty zapisanej w metryce. Zarówno gimnazjalista, jak i człowiek w kwiecie wieku, każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Niezwykle pomysłowa scenografia (jakby ktoś przeniósł kawałek placu zabaw i zamontował go na scenie) spełnia wiele funkcji; staje się przedziałem w pociągu, szpitalem psychiatrycznym, domem dziecka, symbolem bezustannej walki o władzę czy w końcu ostoją na długie lata. Jednak tym, co najbardziej zachwyca, jest żonglerka słowem, konsekwentnie uprawiana przez cały czas trwania sztuki. Bo któż inny, jeśli nie dziecko, nazwałby producenta bimbru Czarnoksiężnikiem? Gdzie indziej bezludna wyspa ma właściciela? Imię jego Bezludn, gwoli wytłumaczenia. Podobnie błyskotliwe przykłady mogłabym mnożyć w nieskończoność. Podejrzewam, że przy powtórnym oglądaniu spektaklu wyłapałabym jeszcze więcej żartów słownych, aluzji; perełek, takich jak zapach drożdży unoszący się w kuchni, który jednak nie jest zapowiedzią świeżych bułeczek.


Gdy historia wędrówki przez życie Onego i Księżniczki dobiegała końca czułam, że oto przede mną wydarzyło się coś wspaniałego. Byłam prawdziwie wzruszona. Ta słodko-gorzka pigułka pobudziła przykurzone i zapomniane nieco emocje, wymuszając chwilę refleksji. Tym samym „Ony” znalazł się u szczytu mojej prywatnej hierarchii repertuarowej. Jednak los postawił na jego drodze wymagającego konkurenta, mianowicie propozycję legnickiego teatru, „Drogę śliską od traw”.
Rzecz to z pozoru o Diable, który sprowadza na wieś nieszczęście. Prawda okazuje się jednak o wiele bardziej złożona i o wiele bardziej gorzka.

Narratorem jest Jasiu, apodyktyczny starszy brat, który rządzi domem, opiekuje zniedołężniałymi rodzicami, upośledzonym Damiankiem, sprawuje kontrolę nad siostrą. Jest do bólu ludzki, w takim sensie, że łączy w sobie wiele skrajności. Nie jest postacią czarno-białą, płaską; z jednej strony czasem traci kontrolę nad własnym gniewem (chociażby scena podczas wieczerzy wigilijnej), z drugiej - przyjmuje pod swój dach zbira Bogdana, by jego rodzina mogła choć raz spędzić spokojnie święta. Świat, który nam pokazuje, którego częścią się stajemy jest ponury, pełen patologii. Mamy tu konflikt na tle religijnym, bigoterie, przemoc domową, psychiczne znęcanie się, zakazaną miłość... Nikt nie jest w pełni dobry, nikt do cna zepsuty. Bogdan, niegdysiejszy awanturnik i pijaczyna, wraca po odsiadce w więzieniu do rodzimej wsi, wywołując tym samym serię niecodziennych zdarzeń. Zamierzchłe konflikty znów nabierają mocy i prowadzą do nowych utarczek. W ich wyniku ginie matka z synem - świadkowie Jehowy; bliski śmierci jest również sam narrator. Ludzie zdają się doprowadzeni do granicy ich moralności i koniec końców ją przekraczają, choć przecież robią to dla większego dobra, w imię sprawiedliwości. Bo cel uświęca środki, prawda?

Diabeł, obserwator wszystkich wydarzeń, nie ingeruje w nie. Nie musi, jak sam twierdzi, na przestrzeni wieków ludzie nauczyli się tworzyć jego idealne wersje; bez nich, nie byłby w stanie nawet unieść ręki. Towarzyszy bohaterom w najważniejszych momentach - podczas pasterki odgrywa rolę organisty, towarzyszy dwójce zakochanych w podejmowaniu najtrudniejszej decyzji w ich dotychczasowym życiu. Jest zawsze tam, gdzie dzieje się coś przełomowego.

Spektakl wywołuje całą gamę emocji; od szczerego śmiechu, przez wzruszenie, aż po złość. Na ludzkość i na samych siebie. Bo w sposób dobitny obnaża nasze wady, wytyka palcem zaściankowość. Nie moralizuje jednak, nie udziela złotych rad i nie daje przepisu na szczęśliwe życie bez problemów. Zostawia natomiast widza z natłokiem tematów do przemyślenia.

Choć w chwili pisania tych słów na zabrzańskiej scenie nie pokazały się jeszcze ostatnie dwa teatry, to przyznać muszę, że moje tegoroczne „wow” najwyraźniej znalazło już właściciela. Po raz kolejny oddaję je w ręce teatru z Legnicy, choć „Ony” przegrywa dosłownie o włos. Może jednak moja decyzja ulegnie jeszcze zmianie? Kto wie, czym zaskoczą mnie „Most nad doliną” Teatru im. A. Fredry w Gnieźnie i „Blackbird” Teatru TrzyRzecze w Białymstoku? Czy nie skradną mojego serducha i nie zmącą myśli? Zobaczymy. Nie nastawiam się.
Patrycja Golik